W 2008 r. w nieistniejącym już tygodniku KONKRETY ukazał się wywiad z Georgesem Furtakiem autorstwa Bartłomieja Rodaka, wówczas znanego legnickiego dziennikarza, dziś rzecznika Kolei Dolnośląskich i kandydata na prezydenta Legnicy. O tym tekście mówiło wtedy całe miasto. „Bambo” zmarł 29 lutego br. Miał 61 lat. Przypominamy sylwetkę legendarnego lidera lokalnego półświatka.
„Nie ma już na mnie popytu”, tygodnik KONKRETY, 17 września 2008 r.
Kiedy siedziałeś w więzieniu, po mieście krążyły plotki o twojej śmierci. Twój powrót zdziwił legniczan.
– Kiedyś ojciec powiedział mi: „Synu, nieważne, jak mówią, ważne, że mówią, bo to znaczy, że żyjesz”. Nie interesuje mnie, co kto o mnie mówi. Żeby coś powiedzieć, trzeba mnie znać, a zna mnie niewielu ludzi. Mówiło się też, że donosiłem. Goebbels mawiał, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Propaganda to najlepsza broń. Kiedy mnie nie było, opowiadano różne historie: że siedziałem na ochronkach, czyli byłem chronionym więźniem. To bzdura. W więzieniu miałem dobrą opinię. Dowiedziałem się też, że popełniłem samobójstwo, że amputowano mi nogi… Faktem jest, że miałem zawał i operację nogi, bo po zamachu bombowym jest chora. Żaden kolega nigdy przeze mnie nie cierpiał. Wolałbym śmierć. Nie ma nikogo, kto byłby przeze mnie na dołku choćby 24 godziny. Szczerze mówiąc, gdybym chciał cokolwiek zrobić, znaczna część chłopaków z miasta zostałaby „zawinięta”. Wiemy o sobie zbyt wiele. To dziwne. Sypię w więzieniu, a wciąż chodzę po ziemi? Donosiciel na bloku ogólnym? Nie ma takiej możliwości. Nie wróciłbym ze spacerniaka żywy. Mało tego. Ludzie, którzy dotknęli mnie żelazną różdżką, piszą do mnie serdeczne listy z podziękowaniami, że mam jaja, a nie jajniki, jak ci, którzy plotą te bzdury. Przyjeżdżają do mnie chłopaki, którzy kręcą porządne lody – zawsze z szacunkiem. Dziś nikt nie przychodzi z pretensjami. Od 1994 roku wiem, że niejedna osoba widziałaby mnie na marach, ale jakoś nie wyszło. Robiono różne rzeczy: zamachy, strzelaniny, noże… Jakoś trwam. I czuję się bezpiecznie, nawet, kiedy jest wojna, bo im większy rozgardiasz, tym logiczniej myślę. Nie życzę jednak nikomu znaleźć się w mojej skórze. Coś się stało i wystarczy, że byłem w pobliżu. Ludzie mówią, że to ja. Kojarzą mnie mrocznie. Prawda jest taka, że dziesiątki typów odsiedziało więcej ode mnie, za gorsze rzeczy. Zjawiają się i nikt ich nie zauważa. Ja jestem widoczny ze względu na kolor skóry. Policjanci się śmieją: „Pana widać wszędzie, panie Furtak”. Nawet sędzia powiedział mi, że jestem jak piec. Wystarczy dołożyć węgla i już jest gorąco. Gdziekolwiek jestem, przechodnie przyglądają mi się. Pewnie ich fascynuję, szkoda, że w sposób negatywny. Idę ulicą, jestem dość głośny, taki jestem. Parę dni temu jakaś nastolatka mówi do koleżanki: „Ty, on mówi po polsku!”. Nieraz czuję się jak w cyrku.
Jesteś bandytą…
– Jaki ze mnie bandyta? Są gorsi. Chodzą po świecie i dobrze się mają. Bin Laden – to jest bandyta. Chociaż, kto wie… Gdybym był islamistą, być może już dawno by mnie nie było. Bandyci są Pragmatyczni, bardziej otwarci na świat. Tę cechę miałem zawsze. Poza tym są pewne niezmienne dla mnie zasady. Nie cierpię donosów. Nie cierpię tych, którzy psują opinię. Nie cierpię pedofilów i brutalnych gwałcicieli. To dla mnie kasty wyklęte. Seneka pisał: „Jeżeli ktoś mówi ci coś w tajemnicy, to nie ma ci nic do powiedzenia”. Ja mówię to, co myślę. Gardzę obłudnikami. Jeżeli dzieje się krzywda mojemu honorowi, mojej rodzinie i przyjaciołom, nie odpuszczę nikomu. Nawet, żebym miał siedzieć dożywocie albo zginąć 10 minut później. Wychodzę z założenia, że jeżeli naprawdę masz rację, to mówisz: tak jest i tak być musi. A jeżeli nie, po co opowiadać bajki? Nie ma szarości. Jest tylko czarne i białe. Tak lub nie. Swoje życie rozpatrywałem pod wieloma kątami. To szaleństwo mnie wkręciło. Kasa, dupy… i to moje szaleństwo. Skąd u mnie ta heroiczna odwaga? Bo nie mam wyobraźni co do konsekwencji. Często wracałem zbity. Oko podbite, zęby powybijane, łokcie mam jak skocznie narciarskie, noga chora, kręgosłup też, palce powyłamywane, jedną rękę wyprostuję, drugiej już nie. Ostatnio ktoś nazwał mnie Terminatorem. Coś w tym jest. Tyle było zamachów na moje życie… i nic. Chociaż wtedy mogłem zginąć… To było o północy, 12 października 1995 r. Wcześniej dostałem cynk, że ktoś chce mnie palnąć. Nawet, jeśli wiesz kto i jak, to nigdy nie wiesz gdzie i kiedy. Drzwi otwierałem z dziesięć minut. Czułem, że coś się zdarzy. Szósty zmysł. Włożyłem klucze. Wchodzę i myślę, że ktoś będzie stał naprzeciw. Zapalam światło, stawiam nogę przy drzwiach, coś zabrzęczało. Wszedłem prosto w bombę. Po chwili otwieram oczy. Leżę. Eksplozja ścięła mnie z nóg. To była 3,5-kilogramowa bomba rurowa. Uderzyła w podłogę. Rozrzut był tak wielki, że brama wyglądała, jakby przeszedł tajfun. Gdybym zrobił dwa kroki do przodu, nie byłoby już co zbierać. Perfekcyjna robota. Dwa lata dochodziłem do siebie. Miałem wspaniałych lekarzy. Dziś nie mam w nodze stawu skokowego, ale mogę chodzić. Na czole mam jeszcze krwiaka od bomby. Najpierw był niewielki, ale się rozlał. Potem postrzał w Lubinie w 1997 roku. Niepotrzebnie wszedłem na nieswój teren. Dostałem w plecy. Cios w czaszkę i nos. Kolejne blizny … Każdy ma zapisane coś w gwiazdach. To, że wciąż żyję to nie przypadek. Wierzę w Boga. Szkoda, że trochę źle pojąłem wiarę na początku. Istniał dla mnie tylko Stary Testament: oko za oko, ząb za ząb, wyprzedzający atak, kontruderzenie, atak zaczepny, daleki zwiad. Jak Mosad. Ostatnio jestem zafascynowany Nowym Testamentem, osobą Chrystusa. Postrzegam go jako gościa, który zrobił rewolucję, dzięki swojej mądrości. Kocham go za jego słowa: nadstaw policzek, bądź miłosierny. Czytałem o nim dużo. Chodził, uzdrawiał – chociaż tego akurat nie rozumiem. Może to jakaś przenośnia? Chciałbym stosować się do jego nauk, być taki, jak on, ale, niestety, nie będę.
Jak oceniasz swoje życie?
Nie jestem nim usatysfakcjonowany, ale z pewnością było atrakcyjne. Cały czas coś się działo. Nie było tak, że nagle przyszło mi do głowy, żeby rozrabiać. To szło po kolei, jedno za drugim, jak domino. Takie perpetuum mobile. Sam zaprzepaściłem wszystko. Teraz muszę to poskładać. Jestem już starszym facetem, dziadkiem, mam cudownego wnuczka, z którego jestem dumny. Mam 45 lat na karku, jestem trochę schorowany, więc nie pozwalam już sobie na luźne reakcje. Jestem inny. Nie kręcą mnie bijatyki. Działam na innych parametrach. Bardziej dbam o zdrowie. Nie opowiadam się po niczyjej stronie. Jak ci raz ktoś umrze na rękach, wszystko się zmienia. Kolory, świat, kula ziemska. Za to właśnie przesiedziałem ostatnich pięć lat. W mieszkaniu kolegi doszło do awantury. Walka była krótka. Trwała sekundę, dwie. Ostre narzędzia w rękach… To był przypadek. Nad kolanem 64 cm od podstawy pięty pękła mu aorta. Dwadzieścia godzin później przeczytałem w internecie o tajemniczym zabójstwie. Sam zgłosiłem się na komendę. Nie kombinowałem. Przyznałem się. Sąd skazał mnie prawidłowo. Siedziałem za pobicie z użyciem ostrego narzędzia, którego skutkiem jest śmierć, chociaż pierwotny zarzut miałem z art. 148 par.1, czyli morderstwo z premedytacją. Najbardziej bolesne było, gdy dowiedziałem się, że zawinąłem go w celofanowy worek i wsadziłem do tapczanu, podczas gdy sam wezwałem pogotowie. Niestety, chłopak się wykrwawił.
Wielu legniczan pamięta cię z dyskoteki w dawnym hotelu Cuprum.
– Poza tym, że cały czas rozrabialiśmy z kolegami, ja zajmowałem się czymś więcej. Czytałem książki, miałem swoją muzykę, taniec. To mój konik. W latach 80. byłem królem dyskoteki. Miałem zespół. Nazywaliśmy się Fakt. Byłem wokalistą. Dużo wtedy tańczyłem. Później trafiłem do Warszawy. Zespół Vox grał w hotelu Cuprum. Ktoś mnie zaczepił. Zaproponował, żebym pojechał z nimi. Zabrali mnie do stolicy. Tam poznałem Janusza Szurmieja z Teatru Żydowskiego. On nauczył mnie pantomimy. W Stodole, gdzie mieliśmy próby, poznałem ciekawych ludzi, w tym Czesława Niemena. Wtedy śpiewałem w zespole Bambo and Mad Money. Ja i cztery dziewczyny. Nagrywaliśmy w Teatrze Stu. To trwało trzy lata. Zarabiałem niezłą kasę, ale popełniłem błąd i wróciłem do Legnicy. Potem miałem jeszcze kilka fajnych akcji. W 1986 brałem udział w nagraniu teledysku Wojtka Blonda „Dżinsowy mundurek”. To szło tak: „Dżinsowy mundurek, kilka łat ze skórek. Dżinsowy mundurek ma go także Jurek”. Teledysk kręcony był w Elpo. Wszędzie pełno pracujących szwaczek i nagle, przy maszynie do szycia siedzę ja, czarny Murzyn. W 1988 r. z kolei miałem propozycję zagrania roli głównej w komedii Pawła Karpińskiego pt. „Czarodziej z Harlemu”. Ale kolejny raz zaprzepaściłem szansę. Jest rok 1991. Długo już rozrabiałem. Wtedy spotkałem muzyka, który grał w kapeli „Strefa destrukcji”. Razem z kilkoma kolegami zakładał właśnie bluesową grupę „Nocne boogie”. Wszedłem w to. I na tym moja muzyczna kariera się zakończyła. Teraz chcę zacząć od nowa. Piszę teksty, rapuję, zajmuję się bit boxem. Kręci mnie miejska dżungla, typowy urban jungle, od syren policyjnych, po karetki pogotowia. Wydawać będziemy prawdopodobnie w Anglii, bo mam tam przyjaciela, który tworzy takie dźwięki. Będzie mi wysyłał materiał, a ja zajmę się wokalem i tekstami. Chciałbym też uczyć tańca breakdance, ale nie wiem, czy mi się uda. Czas pokaże.
Czego nauczyłeś się w więzieniu?
– Pokory. W więzieniach spędziłem łącznie 10 lat plus 3 w poprawczaku. Wyobraź sobie, że w 16-metrowej celi siedzi siedem osób. Każdy ma swoje przyzwyczajenia. Nauczyłem się słuchać i obserwować ludzi. Poza tym także wielu innych rzeczy. Dziś potrafiłbym udzielić pierwszej pomocy. Dziś by się nie wykrwawił. Przeczytałem tony książek. Ostatnio „Tajne związki amerykańskich elit” Stevena Sora. Ta książka rozwaliła mnie na kawałki. Historie Templariuszy i ich powiązania z wielkimi światowymi korporacjami są niebywałe. Polecam. Wiem też sporo o Związku Radzieckim, szczególnie o Stalinie. Uważam, że był geniuszem. Gdybym miał zaczynać jeszcze raz, uczyłbym się, bo wiedza to potęga. Na mnie działa jak narkotyk. Za kratami chłopaki często prosili, żebym opowiedział im film. Kiedy opowiadam, wczuwam się. Pamiętam dialogi. Odtwarzam poszczególne gesty, zachowania. Pomyślałem więc, że może tym się zajmę. Wybieram się do dyrektora Głomba. Chcę zapytać go, co trzeba zrobić, żeby zostać aktorem. Mam ostrą bombę na punkcie kina i teatru. Można by zrobić świetną sztukę na czasie. Wyobrażasz sobie „Otella” osadzonego we współczesnych realiach? On był Mulatem. Nie trzeba daleko szukać. Przychodzę i gram. Poza tym ten bohater jest po wielu bitwach, podobnie ja. Charakteryzację mamy więc z głowy. W więzieniu chciałem zdobyć książkę, żeby nauczyć się dialogów, ale nie było. Najlepszą więzienną bibliotekę mają na Świebodzkiej. Ja siedziałem na Kleczkowskiej i w Wołowie – więzieniu o zaostrzonym rygorze, w szczególności dla recydywy. Siedzisz pod celą, nie wiesz, że świat mija. Tam zabija bezczynność. Pamiętam, jak któryś z polityków PiS-u postulował, żeby zabrać więźniom telewizory. To byłby prezent! Telewizja dobija. Wszyscy czekają na wiadomości, żeby zobaczyć, co się dzieje w danym mieście. Widzą ogromne zmiany. Ja miałem mały wyrok. Niektórzy siedzą po 15, 20 i więcej lat. Dla nich to jest ból. Politycy najchętniej pozbawiliby więźniów wszystkiego. Niech pozbawią ich jeszcze racji żywnościowych, które i tak są naciągane. Kiedy jesz zupę mleczną, masz wrażenie, że kubek mleka wpadł do 50-litrowego garnka z wodą, i stąd ta mleczna.
Kiedy właściwie zszedłeś na złą drogę?
– Oto moja historia. Urodziłem się w Gwinei Francuskiej w 1963. Ojciec był polskim oficerem marynarki wojennej, matka Gwinejką. Tato zabrał mnie do Polski, kiedy miałem 4 lata. Niedawno dowiedziałem się, że mam siostrę bliźniaczkę. Aż usiadłem z wrażenia. Rozdzielono nas w dzieciństwie, ale nie wiem dlaczego. Na złą drogę skazało mnie życie od chwili przyjazdu do Polski. Dzieciństwa nie miałem wesołego. Śmiano się, że zrzucili mnie Amerykanie razem ze stonką. Już w podstawówce były szykany, śmiechy, ciągłe wyszydzanie. Prawdopodobnie byłem jednym z pierwszych czarnoskórych dzieciaków Polsce. Sam jeden w klasie – Murzynek mówiący po polsku. Można sobie tylko wyobrazić, co przechodziłem. Źle nastrajało mnie to do otoczenia. I do tego jeszcze ten wierszyk… „Murzynek Bambo w Afryce mieszka…”. Pomimo tej traumy sprzed lat, czuję się Polakiem. Jestem wychowany w polskim domu. Mam polską mamę i dwie siostry. Nieraz, idąc ulicą i widząc jakiegoś Murzyna, patrzę na niego jak na zjawisko. Zapominam, że przecież ja też jestem czarny. Pod koniec podstawówki ktoś chciał mnie pobić. Wbiłem mu nóż. Miałem sprawę. Dostałem wyrok w zawieszeniu. Później trzy lata w poprawczaku. Tam przeszedłem piekło. Jakoś jednak skończyłem szkołę. Potem budowlankę. Mój zawód to ślusarz mechanik. Przez 3,5 roku pracowałem w swoim zawodzie w hucie. Byłem w brygadzie naprawiającej piece konwertorowe. Bardzo fajna praca, bo przyczyniałem się do produkcji miedzi w tym kraju. Byłem jedynym czarnym w całym zakładzie. Drugi był w Legmecie. Wtedy były inne czasy… Praca szybko się skończyła. Każdy chciał chodzić fajnie ubrany… Zarabiać kupę kasy… I nagle pojawiliśmy się my. Kilku kolegów z podwórka, kilku z miasta. Ćwiczyłem wtedy sztuki walki. Podobało mi się, jak wygrywałem na piąchy. Zaczęliśmy rozrabiać. Powoli stawałem się mocnym bandziorem. Pierwsza odsiadka była za napad. W 1986 roku zarobiłem pierwszą dużą kasę. Mały wałek – oszustwo. Gość chciał kupić dolary, ale nie kupił. Potem wpadłem do Pewexu, kupiłem sobie czarne levisy za 11 dolców i czarną katanę z kożuszkiem. Stamtąd prosto do Cuprum. I tak w kółko. Nie zapomnę, kiedy Szczecin wpadł do Cuprum. Przyjechali gangsterzy. Strzelali. Była ostra draka. Chcieli przejmować biznesy. W światku przestępczym były wtedy mocne grupy uderzeniowe. Zresztą są do dziś są: Warszawa, Szczecin, Poznań, Wrocław. A Legnica, co? Mała prowincjonalna dziura. Pogoniliśmy ich. Ruskich, Ormian i wszystkich innych też. Żeby miasto było dla legniczan. Walczyliśmy ze Szczecinem, z Poznaniem. W 1999 roku do Sunlightu przyjechała cała krajowa elita. Siadamy. Jest krótko. Legnica ma swoją brygadę. Legnica – to Legnica. Zrozumieli. Przestali przyjeżdżać. Miasto jest dziś wolne. Ja też. Dlatego muszę naprawić wiele błędów. Największy to ta ostatnia sprawa, ale też to, że zaniedbałem muzykę. Zamiast robić to, co mnie kręciło, zostałem bandziorem. Cholera wie, dlaczego. Chcę wszystko naprawić. Dostałem propozycję pracy w Anglii, ale dopóki nie otrzymam zasad zwolnienia warunkowego, nie mogę wyjechać. Na razie jestem bezczynny. Dziś nie wzbudzam już sensacji kolorem skóry. Świat się zmienił, stał się barwniejszy. Człowiek człowiekowi patrzy prosto w oczy, nie ma przerażonych twarzy. Ludzie są bardziej radośni. Miasto też się zmieniło. Jest piękniejsze. Zaskoczony jestem tym wszystkim. Nowymi klubami, galeriami. Jestem pod wrażeniem zmian. Chociaż, świat stał się też bardziej agresywny. Taki jest teraz popyt, potrzeba chwili. Obserwuję młodzież. Młodzi zastępują starych. Taka kolej rzeczy. Na mnie popyt już się skończył. I dobrze.

